Po co nam właściwie ogrzewanie?

Po co nam właściwie ogrzewanie?
To pytanie tylko z pozoru jest bezsensowne. „Żeby było ciepło!” – krzykniecie. Ale czy na pewno? Czy my rzeczywiście ogrzewamy się, przebywając w ciepłym pokoju?
Fizyka mówi co innego. Ciepło zawsze płynie od tego, co cieplejsze, do tego, co chłodniejsze. Nasze ciało ma od 35,5 do 37,8°C. Wyobrażacie sobie relaks w salonie nagrzanym do prawie 38 stopni? Dla większości z nas już 25°C to męczący upał.
Wniosek jest prosty: to my ogrzewamy pokój, a nie on nas.
Ludzki kaloryfer
Stale oddajemy ciepło do otoczenia. Jesteśmy „ubocznym efektem” metabolizmu naszej wątroby i pracy mięśni. Natura wyposażyła nas w genialny termostat: gdy marzniemy, drżymy i dostajemy gęsiej skórki (choć nasza naturalna izolacja przez milenia mocno wyłysiała). Gdy nam za gorąco – pocimy się i oddychamy głębiej.
Można zaryzykować stwierdzenie, że projektując instalację grzewczą, nie szukamy źródła ciepła dla nas, ale dbamy o odpowiedni odbiór ciepła z naszych ciał. Nie za duży, nie za mały. W branży nazywamy to „zyskami ciepła od ludzi”. Przeciętny człowiek w spoczynku produkuje około 100 W. Podczas pracy? Nawet 300 W. Jesteśmy żywymi grzejnikami.
Przekleństwo przyzwyczajenia
Potrafimy czuć się komfortowo zarówno przy 17°C, jak i przy 25°C. To kwestia przyzwyczajenia, które bywa zgubne dla portfela i planety.
Ostatnio montowaliśmy kotłownię u klienta. Gdy przyjechałem na miejsce, instalacja nie działała od kilku godzin, a mimo to w domu było potwornie duszno. Zaprogramowałem sterowniki (staczając ze sobą wewnętrzną bitwę o ekologię), wytłumaczyłem wszystko właścicielom i wróciłem do siebie.
Następnego dnia? Reklamacja. „Zimno!”.
Zabrałem kamerę termowizyjną i pojechałem te 100 km, nie będąc w najlepszym humorze. Wynik pomiaru? Podłoga miała 27°C! Najzimniejsze pomieszczenie – toaleta – miało 24 stopnie. Gospodarz, inżynier budujący tunele, twierdził, że marzną. Na sterowniku znalazłem ustawione… 30 stopni.
Komfort vs Planeta
Kiedy wymyślono ogrzewanie podłogowe, liczyliśmy na ogromne oszczędności. Dzięki specyfice „podłogówki” odczuwamy taki sam komfort przy temperaturze o 2 stopnie niższej niż przy tradycyjnych grzejnikach.
Co stoi na przeszkodzie, by z tego korzystać? Właśnie nasze przyzwyczajenie. Przeglądam YouTube i nie widziałem jeszcze nowego domu, w którym mieszkańcy ustawiliby 18–19 stopni. Standardem jest 23–24.
Ktoś powie: „Stać mnie, to przegrzewam!”. Może i jego stać. Ale naszą planetę coraz mniej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *